Błędy & Początki & Klienci & Warsztat tosza dnia 09 maja 2009 03:03 po południu
Błędy tłumaczy, czyli czego nie robić, żeby być dobrym tłumaczem
Błędy tłumaczy, czyli czego nie robić, żeby być dobrym tłumaczem
Istnieje taki zestaw ogólnych błędów, które prawie wszyscy początkujący tłumacze popełniają na początek i które niestety potrafią ciągnąć się za nami przez długi czas; ponieważ albo nie uznajemy tych zachowań jako błędnych, albo nie pojawiają się sytuacje, które dają klapsa i uświadamiają, że takie a takie zachowanie to proszenie się o kłopoty. Krowami nie jesteśmy, więc warto niekiedy zmieniać swoje podejścia i uświadamiać sobie, że do ideałów to nam jeszcze dużo brakuje; warto chwycić garść popiołu i spojrzeć na siebie z metapozycji – z dystansu.
Poniżej zamieszczam krótką listę zachowań, które zauważyłem u siebie i u kilku znajomych. Zachowań niepożądanych i zgubnych dla nas. Zachowań, które warto wyrugować i zwiększyć tym samym komfort pracy, współpracy i samopoczucia.
1. Za duża elastyczność lub brak elastyczności
Problem elastyczności pojawia się na samym początku, a potem wraca, jak zły szeląg, kiedy wydaje nam się, że już coś potrafimy i poszerzamy zakres dziedzin, którymi się zajmujemy. Na większości forów starzy wyjadacze tłuką do głów, że oferowanie tłumaczeń w kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu dziedzinach wcale nie pomaga. Ba – to przeszkadza, bo nie jesteśmy postrzegani jako osoby kompetentne, tylko jako chaociarze i tandeciarze, którzy niczego tak naprawdę nie potrafią i usiłują łapać wszystko, żeby tylko zarobić.
Warto na samym początku zastanowić się, co poza językiem potrafimy, utworzyć listę dziedzin, wypić kawę i obciąć połowę dziedzin, które dodaliśmy na zasadzie „bo tak mi się wydaje”. Skróconej listy warto trzymać się, a kolejne dziedziny dodawać bardzo ostrożnie i nadal stosować kawową brzytwę Ockhama. Pozwoli nam to zbierać zlecenia z dziedzin, w których się rzeczywiście pewnie czujemy i nie będziemy oddawać tekstów, podczas tłumaczenia których 100 razy łapaliśmy się za głowę i krzyczeliśmy „o w mordę! co to jest!”. Co więcej – warto odrzucać zlecenia, które nie leżą w spektrum naszych możliwości. Wcale nie jest to odbierane jako przejaw niewiedzy, tylko przejaw profesjonalizmu i świadomości swoich umiejętności.
Elastyczność musi być.
2. Branie zbyt wielu zleceń
Zbyt wiele zleceń to plaga. W pewnym momencie pojawia się etap klęski urodzaju i sobotni wieczór kończymy z 5 rozgrzebanymi (lub nawet nietkniętymi) projektami na poniedziałek rano. Pojawia się panika i natarczywe myśli „cholera, jak ja mam z tym zdążyć?! Ależ ja byłem głupi, biorąc tyle jednocześnie! Przecież tego się nie da zrobić na czas!”. I zaczyna się: odwlekanie, przedłużanie deadline’ów, oddawanie zleceń bez sczytania, niedbanie o jakość itd. Stop. Po kilku takich akcjach zaczniemy tracić klientów. Oni doskonale potrafią rozróżnić, kiedy tekst jest robiony na kolanie, a jeśli nie oni, to redaktorzy, którzy sprawdzają takie koszmarki i plują, że tłumaczowi się nawet F7 nie chciało nacisnąć. Czasami to nie chodzi o niechcenie, tylko brak czasu na sprawdzenie pisowni, bo to może trwać, a deadline już się skończył pół godziny temu. Potem przychodzą gorzkie słowa na temat jakości, ostrzeżenia, listy błędów i robi się niefajnie.
Trzeba wiedzieć, kiedy przystopować i zrobić mniej, zachowując jakość. Trzeba wykształcić sobie asertywność zawodową i nauczyć mówić NIE. Będzie to z korzyścią dla naszych nerwów, wątrób i głów oraz dla współpracy z klientami.
Lepiej nie przyjąć, niż przyjąć i spartaczyć.
3. Obawa przed wzięciem czegoś trudniejszego
W pewnej opozycji do kosmicznego zakresu specjalizacji stoi obawa przed wzięciem tekstu, który uznajemy za trudny. Zdarzają się takie sytuacje, że tekst wydaje nam się zbyt trudny, ale poziom jego trudności pozwala nam się rozwinąć. Jeśli poważnie podejdziemy do takiego tekstu: oświadczymy jasno klientowi, że to jest trudne i że liczymy na pomoc, jeśli mamy dostęp do specjalistów z tej dziedziny, jeśli mamy czas na szukanie w Internecie i książkach, to warto czasami skoczyć na głębszą wodę. Trzeba to jednak zrobić z rozmysłem i nie brać czegoś trudnego, gdy jesteśmy np. w sytuacji z pkt. 2.
Odwaga, ale przemyślana i z głową.
4. Obawa przed negocjowaniem stawek
Ugrzęźnięcie w niskich stawkach rodzi frustracje. W połączeniu z brakiem asertywności i niepewnością odnośnie do swoich umiejętności prowadzi do wielu ciężkich schorzeń. Niskie stawki nie robią z nas pożądanych tłumaczy. Niskie stawki robią z nas wyrobników, którym można podesłać dziwaczne rzeczy za niskie pieniądze, bo niskostawkowcy nie odrzucają zleceń, bo nie są pewni swojego warsztatu, bo zależy im na braniu byle czego za byle jakie pieniądze, bo jakości to oni nie zapewnią, ale z trójkąta wymagań zapewnią niską cenę i terminowość (może…). Takich tłumaczy się nie szanuje, bo i po co skoro oni sami siebie nie szanują?
Negocjujcie stawki. Po pewnym czasie i z przyrostem doświadczenia możecie się już postawić w położeniu dyrygenta, a nie dyrygowanego. I jeśli z jednym czy drugim klientem nie wyjdzie, to próbujcie z innymi. Jeśli inni są niechętni, to szukajcie nowych, ale już z propozycją wyższej stawki. Ciężko się negocjuje stawki, gdy stawka podstawowa działa z klientem już od długiego czasu, ale jednak da się. A jeśli się nie da, to może najwyższy czas, żeby zmienić portfolio i szukać kogoś, kto jest w stanie zapłacić nam przyzwoite pieniądze? Sky is the limit!
Niskostawkowcy zawsze będą (i chwała im za to), ale niskostawkowcami nie musimy być my.
5. Niechęć do używania narzędzi CAT lub nieumiejętność i brak chęci nauczenia się
Tego to już nie jestem w stanie pojąć, jak na własne życzenie tłumacze obcinają sobie drastycznie dostęp do klientów? Jak na własne życzenie marnują czas i nerwy? Jak na własne życzenie nie chcą zapewniać spójności terminologicznej i frazeologicznej? Jak na własne życzenie męczą się z kopiowaniem, wklejaniem i usuwaniem bloków tłumaczonego tekstu? Mamy 21. wiek, mamy narzędzia wspomagające pracę. Czego nie mamy? Chęci, czasu albo wiedzy. To wszystko można zmienić. Można i warto. Cena i dostępność narzędzi CAT to tylko wymówki naszego lenistwa i obaw. Mamy narzędzia darmowe, mamy promocje, mamy szkolenia, mamy warsztaty, mamy grupy dyskusyjne i porady bardziej doświadczonych tłumaczy. Nie ma wytłumaczenia na niestosowanie CAT-ów.
Tłumacz w 2009 roku bez CAT nie istnieje. Finito.
6. Ograniczanie się na kilku klientów
To prawie już jak praca na etacie. Stała grupa klientów nie zapewnia rozwoju (patrz pkt 7.). Stali klienci mają tendencję do wysyłania podobnych zleceń (nie zawsze, ale jednak). Poza zleceniami to trwanie w tych samych procedurach i w tych samych narzędziach. Warto poszerzać portfolio choćby z ciekawości i chęci poznawania nowych rozwiązań i procedur. Rozwój i poszerzanie spektrum to jedne z najważniejszych czynników istniejących w naszej pracy. Nikt nad nami bata tak naprawdę nie trzyma. Jeśli my sami nie będziemy dążyć do dywersyfikacji, to utoniemy w marazmie i stagnacji. A to już nawet gorsze niż sytuacja opisana w punkcie 5.
Dywersyfikujmy portfolio.
7. Brak rozwoju
Na każdym etapie naszego doświadczenia warto i należy się rozwijać. Co chwilę pojawiają się nowe rozwiązania, nowe narzędzia, nowe pomysły, nowe procedury. Rozwijać się możemy w najróżniejsze sposoby; od tych pasywnych i praktycznie niewymagających aktywnego udziału – czytając grupy dyskusyjne i fora: Arkadiusz Belczyk prezentuje całkiem przyzwoitą listę takich miejsc. Możemy poznawać nowe narzędzia. Możemy jeździć na konferencje. Możemy uczęszczać na różne kursy i szkolenia. Możemy uczestniczyć w dyskusjach. I pewnie mnóstwo innych sposobów istnieje. Faktem jest, że realia ciągle się zmieniają i trzeba się do nich dostosowywać, żeby nie wypaść z obiegu.
Brak rozwoju to nie stagnacja, to regres.
8. Nieumiejętność przyznawania się do błędów
Tłumacz nie zawsze ma rację. Klient nie zawsze ma rację. Te dwa fakty trzeba balansować i umieć przyznać się do błędów. Trzeba wiedzieć, kiedy wytknięto nam ewidentny błąd, a kiedy klient nie ma pojęcia, o czym mówi. Wytłumaczenie klientowi, że popełnił błąd bywa czasem trudniejsze niż przyznanie się samemu do błędu. Pamiętajmy, że nie jesteśmy nieomylni, a klient jednak częściej zna się na tłumaczonym produkcie/usłudze lepiej od nas i raczej ma rację. Poza tym „klient ma rację” – więc jeśli klient chce, żeby coś zmienić, to zmieniajmy (w granicach rozsądku) lub obstawajmy przy swoim zdaniu. Tutaj balans polega na tym, że zazwyczaj klient ma rację w kwestiach merytorycznych, a tłumacz w językowych, choć oczywiście nie zawsze.
Nie warto drzeć kotów z klientem, bo najczęściej do niczego dobrego to nie prowadzi.
dnia 10 maja 2009 o godz. 7:48 przed południem 1.Wasaty …
No to punktami:
1. Absolutna racja. O ile nadmierna specjalizacja w dowolnej dziedzinie życia jest przejawem ograniczenia, to w przypadku tłumaczeń specjalizacja stanowi przejaw zdrowego rozsądku i dbałości o jakość. Oczywiście każdy tekst da się przetłumaczyć, ale ile to będzie trwało i jakiego będzie wymagać nakładu pracy?
2. Trzeba znać swoje możliwości. Więcej niż x słów/znaków/stron dziennie się nie da zrobić i już. Czasem można zarwać noc, ale już dwie? W przypadku nadmiaru zleceń przy kolejnej propozycji najlepiej uprzejmie odmówić tłumacząc się nawałem pracy *oraz* podając termin, na który moglibyśmy ewentualnie wykonać zlecenie. Może się okazać, że podany termin klientowi wystarczy.
3. Mam takie biuro, które z rzadka podsyła mi do tłumaczenia artykuły z czasopism naukowych. Trudne, ale taka praca daje mi mnóstwo satysfakcji. Zdecydowanie warto się wysilić.
4. Stawki najłatwiej podnosić nowym klientom. Jeśli mamy stałych, dla których pracujemy za X, to każdemu potencjalnemu nowemu klientowi można podać stawkę np. X+1. Jeśli się zgodzi, to dobrze, jeśli nie - nic nie tracimy. A podstawą negocjacji stawek ze stałymi klientami musi być jakość. Choć zawsze będzie to trudne (więc nie należy się godzić na zbyt niskie stawki).
5. Narzędzia CAT ułatwiają i przyspieszają pracę. Jeśli ktoś chce się męczyć - jego problem, tylko niech nie narzeka na marne zarobki.
6. Jeśli dużo zlecają i dobrze płacą, to czemu nie? Byle zachować otwarty umysł i nie przepuścić dobrych okazji.
7 i 8 - amen.
dnia 16 maja 2009 o godz. 8:11 po południu 2.Tomek …
Przeczytałem tylko pkt 1. i wystarczy.
Po lekturze tego punktu nasunęły mi się 2 pytania:
Kto to jest “chaociarz”?
W którym słowniku znalazł Pan pisownię “na prawdę”?
Wstydziłbym się pisać o sobie “redaktor” i pouczać innych tłumaczy nt. ich błędów używając tak niechlujnej polszczyzny.
Pozdrawiam i życzę powodzenia.
dnia 17 maja 2009 o godz. 12:05 po południu 3.tosza …
Cześć,
Dziękuję za wytknięcie błędu - już poprawiony.
Chaociarze oraz tandeciarze idą w parze i się rymują i właśnie o taki zabieg mi chodziło tutaj - licentia poetica.
Przecinek przed “używając” też się przyda.
dnia 19 maja 2009 o godz. 8:02 przed południem 4.Tomek …
OK, powinien być przecinek.
Tylko, ze ja na razie jestem tylko zwykłym licealistą, a nie “redaktorem”.
Pozdrawiam
dnia 19 maja 2009 o godz. 7:18 po południu 5.tosza …
No to życzę powodzenia w dalszym rozwoju językowym, więcej pokory i zaakceptowania faktu, że wszyscy popełniają błędy.
dnia 20 czerwca 2009 o godz. 5:24 po południu 6.cezz …
Świetne, a na na krytykantów proszę przymknąć oko.
dnia 25 listopada 2009 o godz. 9:03 przed południem 7.johny-max …
A ja sie nie zgodze…
dnia 16 stycznia 2010 o godz. 9:41 po południu 8.robert …
Bardzo ciekawie napisane, choc warto zauważyc, że np. w przypadku tłumaczeń literackich punkty 5 i 6 nie znajdują zastosowania.
dnia 20 stycznia 2010 o godz. 4:35 po południu 9.kamawanai …
@robert
a czemuż to pkt. 5. nie ma zastosowania dla tłumaczeń literackich?
dnia 21 stycznia 2010 o godz. 12:55 po południu 10.robert …
A po co CAT w przypadku tłumaczenia np. powieści, gdzie powtarzalnośc tekstu jest żadna? W przypadku tłumaczenia kilkutomowych cykli również wystarczy prosty słowniczek z własną terminologią.
Tłumaczę wyłącznie literaturę i nie widzę żadnego zastosowania dla CATa w swojej pracy.